Podróże

Roztańczone Indie. Część 2.

O miłości do Indii oraz fascynacji klasycznym tańcem bharatanatjam w rozmowie z Agnieszką Kapelko.

 Piąty Smak: Jak więc rozpoczęła się Twoja przygoda z tańcem indyjskim?

Agnieszka Kapelko: To właściwie była śmieszna historia… Kiedy zostałam sama, wybrałam dla siebie najbezpieczniejsze dla mnie miejsce i uciekłam najpierw na Goa, żeby się zadomowić w Indiach. Tam poznałam osobę, która poleciła mi wyjazd do miejscowości Gokarna. I pojechałam. Gokarna to coś pomiędzy wioską a miasteczkiem, jedna ulica ze sklepami i fajne miejsca noclegowe na plaży. Przy wjeździe były ankiety, więc i ja jedną wypełniłam. Trzeba było wpisać,  na ile dni planuje się zostać i pamiętam, że wtedy wpisałam dwa. W efekcie zostałam tam ponad rok.

Świątynia w Hampi  na południu Indii

Piąty Smak: Z powodu tańca?

Agnieszka Kapelko: Tak. W Gokarnie szukałam oczywiście ambitnie książek na temat teatru i tańca. Któregoś dnia weszłam do takiej małej księgarni, antykwariatu bardziej, i pamiętam Krisznę, tak nazywał się pan, który tam sprzedawał, i który chyba do dzisiaj tam sprzedaje książki. Zapytałam go, czy ma jakieś książki na temat teatru albo tańca, a on na to, że nie ma żadnych takich książek, ale mieszka tu nauczycielka i ona mi wszystko opowie. Napisał mi liścik, który mam zachowany do dziś, że jestem jego koleżanką i żeby koniecznie ta nauczycielka, Rajeshwari S. Hande, zaczęła mnie uczyć tańczyć i żeby wszystko koniecznie powiedziała. I z tą krateczką znalazłam jej dom.

Piąty Smak: Historia niemal jak z filmu.

Agnieszka Kapelko: Tak. I zostałyśmy przyjaciółkami z moją nauczycielką. Byłyśmy niemal rówieśniczkami, być może dlatego tak dobrze się rozumiałyśmy. Ona była już po piętnastu latach nauki tańca. Zaczęła dość późno, bo w wieku dziesięciu lat, więc miała wtedy dwadzieścia pięć lat z tego, co pamiętam. Okazało się, że nie byłam jej pierwszą białą uczennicą i nie pierwszą Polką. Ola Michalska, która mieszka już na stałe w Indiach, uczyła się już wcześniej u tej nauczycielki, więc nie byłam dla niej zaskoczeniem. Ale pamiętam, właśnie pierwszy dzień kiedy do niej przyszłam, a ona powiedziała: „Dobrze, będę cię uczyła, ale nie od dzisiaj, bo dzisiaj jest wtorek, a we wtorek nic nie zaczynamy nowego. Przyjdź jutro.” Jest takie powiedzenie w hindi: „Sab kuch milega”, że w Indiach się może wszystko zdarzyć. I to jest prawda! To lubię w Indiach, to uczucie, że jak tam jadę, to wydaje mi się, że tam jest wszystko możliwe. Cokolwiek się wymyśli, ma się takie uczucie, że wszystko jestem w stanie zrealizować. Tam po prostu najbardziej zaskakujące rzeczy się wydarzają.

Piąty Smak: I zaczęłaś naukę od środy?

Agnieszka Kapelko: Zaczęłam od środy, pamiętam, że to był styczeń.

Piąty Smak: Jak wyglądał ten pierwszy dzień?

Agnieszka Kapelko: Było bardzo ciężko. Potem, jak rozmawiałam z moją nauczycielką, ona przyznała się, że była pewna, że ja już więcej nie przyjdę. Bharatanatjam to trudny taniec, a to był mój pierwszy kontakt tak naprawdę z tańcem – nigdy nic wcześniej nic nie tańczyłam. Myślę, że to bardziej mój upór  i fascynacja tańcem doprowadziła mnie do tego momentu, w którym jestem teraz, niż moje zdolności. Nie byłam osobą, która wszystkiego od razu uczyła się w mig, ale godzinami ćwiczyłam, powtarzałam, a jest to taniec naprawdę ciężki. Więc skoordynowanie nóg, rąk, nauka wszystkich hasta (gestów dłoni), ułożeń głową, zapamiętanie tego wszystkiego wymaga wiele wysiłku i skupienia. Szczególnie początki są trudne. Byłam uczona w systemie indyjskim, czyli zupełnie inaczej niż w Europie. W Indiach, gdy przychodziłam na zajęcia, potrafiłam przez dwie godziny ćwiczyć jeden krok, póki go nie opanowałam. Trudna praca, wymagająca ogromnej cierpliwości i nikt by nie był w stanie w takim systemie uczyć się w Europie. Wiem, bo uczę teraz tańca i zajęcia muszą być urozmaicone – w Indiach podchodzi się do tego zupełnie inaczej. Dopiero po pół roku i to tylko dlatego, że moja nauczycielka dostała zaproszenie, żeby wystąpiła razem ze mną, tylko dlatego po pół roku zaczęłam uczyć się pierwszej choreografii. Normalnie to trwa dużo dłużej, czyli zupełnie nie po europejsku. Najpierw uczy się kroków, uczy się dokładnie techniki, dopiero potem przechodzi się do następnego etapu i można zacząć uczyć się tańca.

Piąty Smak: Spędziłaś w Gokarnie rok. Co było potem?

Agnieszka Kapelko: To było bardziej skomplikowane, bo najpierw uczyłam się tam ponad rok, a później wyjechałam do szkoły w Tamilnadu.  Potem były już przeróżne akcje i kiedy kończyły mi się pieniądze, kiedy miałam już wracać do Polski, spotkałam w Delhi ministra, który był wtedy przy rządzie radżasthańskim, który się nade mną zlitował i przyznał mi stypendium. Więc zamiast wracać do Polski zostałam w Indiach. W momencie, kiedy dostałam stypendium, wyjechałam do szkoły tańca w Mamallapuram, niedaleko Chennai i tam uczyłam się przez cztery miesiące, a później wróciłam z powrotem do Gokarny, do mojej nauczycielki. Uczyłam się u niej w sumie około półtora roku.

Piąty Smak: Usłyszałaś wtedy od swojej nauczycielki, że jesteś gotowa, że już umiesz tańczyć?

Agnieszka Kapelko: Nie, w Indiach jest tak, że nigdy nie jest się mistrzem. Tam uważa się, że sztuki należy uczyć się przez całe życie i nigdy nie osiąga się tego stanu, w którym można się zatrzymać. Sztuka musi cały czas się rozwijać i dojrzałość artysty jest zupełnie inaczej postrzegana w Indiach. W Europie tancerka po trzydziestym roku życia kończy swoją karierę, a tam dopiero zaczyna być ceniona. Więc tak naprawdę tancerki tańczą, dopóki mogą tańczyć. Nie ma czegoś takiego, że kończą karierę. Byłam na kilku występach gdzie panie koło siedemdziesiątki tańczyły i spotykały się z ogromnym uznaniem, brawami na stojąco. Nie ma limitu wiekowego, a ceni się dojrzałość artysty, jego umiejętności i doświadczenie.

Piąty Smak: Ale i Twoje umiejętności zaczęto cenić, skoro udało Ci się zdać egzamin państwowy z tańca bharatanatjam. To był Twój pomysł?

Agnieszka Kapelko: Zadzwoniła do mnie moja nauczycielka, kiedy sobie spokojnie mieszkałam w Krakowie i powiedziała: „Przyjeżdżaj do Indii. Będę przygotowywała dziewczynę do egzaminu i jak chcesz, to mogę przygotować też Ciebie”. Odpowiedziałam: „Dobra, to ja przyjadę!” Nie było żadnego wahania, nie miałam wtedy zupełnie pieniędzy, ale jakimś cudem w końcu tam dotarłam. Po prostu…

Piąty Smak: Jak wyglądały przygotowania do egzaminu?

Agnieszka Kapelko: To były trzy miesiące ciężkiego wkuwania. Strasznie dużo było teorii na tym egzaminie, ponieważ ten taniec oparty jest na tekstach dotyczących dramatu: Natjaśastra i Abhinajadarpana. Nauka wszystkich gestów, wszystkich wariacji tych gestów zajmuje godziny, a do tego używa się śloki, czyli śpiewnego w sanskrycie tekstu, melorecytacji, i to wszystko jest na egzaminie. Więc po prostu siedziałam i melorecytowałam godzinami. W tym tańcu nie ma improwizacji – wszystko musi być zatańczone według określonych reguł.

Piąty Smak: Egzamin z tańca bardziej chyba kojarzy się z pokazaniem swoich umiejętności praktycznych.

Agnieszka Kapelko: Ten egzamin w pięćdziesięciu procentach składa się z teorii. Trzeba zdać i teorię, i praktykę. Jedyny instytut, który dopuszczał do egzaminu osoby spoza Indii, znajdował się wtedy w Bombaju. Egzaminatorzy wyjeżdżali jednak do różnych miejsc, gdzie przeprowadzano egzamin. Ja zdawałam w miejscowości  Dharward w Karnatace. Udało się, chociaż nie było łatwo. Uratowała mnie moja podstawowa znajomość hindi, ponieważ nie dostałam pytań egzaminacyjnych w języku angielskim tylko właśnie w hindi… Mam do dzisiaj zachowany arkusz w hindi z pytaniami egzaminacyjnymi, na które odpowiadałam oczywiście w języku angielskim.

Z moją nauczycielką Rajeshwari S. Hande przed moim pierwszym występem

Piąty Smak: A jak wyglądała praktyczna część egzaminu?

Agnieszka Kapelko: Trzeba było zatańczyć i zaśpiewać. W nauce tańca bharatanatjam duży nacisk kładzie się także na śpiew. Taniec oparty jest na muzyce, a jest to muzyka klasyczna karnatycka. Tancerka musi umieć wybić rytm, umieć zaśpiewać. W ten sposób osoby przygotowywane są do nauczania, ponieważ w Indiach osoba, która uczy tańca, musi również umieć śpiewać. Ja na razie uczę się i jestem na etapie nauki muzyki karnatyckiej. Egzamin zdaje się razem z nauczycielką, która jest od tego, żeby wybijać rytm. Trzeba było przygotować cztery utwory z tradycyjnego kanonu tańców, a egzaminator wybierał, który chce zobaczyć.

Piąty Smak: Jakieś dalsze plany związane z nauka tańca?

Agnieszka Kapelko: Obecnie uczę się u innej nauczycielki  Kalaimamani Sailajy i ćwiczę styl Vazhuvoor. Planuję na razie kontynuować u niej naukę.

Piąty Smak: Ale na stałe mieszkasz w Polsce, obecnie we Wrocławiu, jak więc wygląda taka nauka?

Agnieszka Kapelko: Staram się z raz w roku pojechać do Indii. Teraz byłam w wakacje przez półtora miesiąca właśnie w jej szkole.

Piąty Smak: Jak opisałabyś taniec bharatanatjam? Jakie są jego cechy charakterystyczne, skąd się wywodzi, jaka jest jego historia?

Agnieszka Kapelko: Zawsze, jak mówię, że tańczę taniec indyjski, to pierwsze skojarzenie ludzi to taniec brzucha, co jest bardzo błędne. To napiszcie koniecznie! Że taniec brzucha jest tańcem arabskim i nie ma nic wspólnego z tańcem indyjskim. Jest wręcz jego przeciwieństwem. Taniec indyjski klasyczny ma bardzo długą historię i wywodzi się z kultu religijnego. Narodził się w świątyniach na południu Indii i był kiedyś przeznaczony do tego, żeby tańczyć bogom – jest bardzo związany z religią, jest bardzo symboliczny i niesamowicie skodyfikowany. Nie ma w nim miejsca na improwizację. Cechą charakterystyczną jest także to, że każdy rytm, każdy takt musi odpowiadać jakiemuś ruchowi, a w ruchu tym należy dążyć do precyzji. To jest bardzo ważne. Struktura ciała, ciało tancerza ułożone jest w kształt mandali. Tancerz stoi na ugiętych nogach w pozycji, która nazywa się aramandi. Ciało powinno tworzyć odpowiednie kąty. W tańcu bharatanatjam jest dużo mniej płynności niż w innych tańcach. Dąży się do tego, aby każdy ruch tancerki był precyzyjny do tego stopnia, że każdą figurę można uchwycić jakby w stop-klatce. To dążenie do precyzji wynika z tradycji tego tańca jako rytuału. A ponieważ każde zaburzenie w rytuale oznacza nieudaną modlitwę, to w tańcu także nie można sobie pozwolić na żadne odejście od ustalonych reguł. Obecnie różne rzeczy próbuje się robić z tańcem, na przykład poprzez niego przekazuje się aktualne treści, różne opowieści, nie tylko indyjskie. Francis Barboza za pomocą tego tańca wszedł do kościoła chrześcijańskiego wystawiając życie Chrystusa.

Piąty Smak: A czy każdy gest ma jakieś znaczenie, jakąś wartość semantyczną w sobie?

Agnieszka Kapelko: Ten taniec dzieli się na dwie części. Pierwsza, to nritta, która jest czysto estetyczną częścią. Tutaj  wykorzystuje się sprawność tancerki, ruchy, jej grację. To są same kroki, które nie wyrażają żadnej treści. Druga część nritya, taka pantomimiczna, czyli wyrażanie treści za pomocą dłoni, gestów, wyrazu twarzy, jest bardzo skodyfikowana. Nawet istnieją określone nazwy dla różnych ruchów brwiami w tym tańcu.

Piąty Smak: Czy w takim razie podczas tańca, jeżeli np. tancerka ruszy głową inaczej niż powinna albo zrobi nie ten ruch ręki, co trzeba, to zmieni treść przekazywanej informacji?

Agnieszka Kapelko: Czasami tak. Są dwa rodzaje przekazywania treści pantomimicznej. Można to zrobić w sposób bardzo skodyfikowany, czyli taki bardzo teatralny, albo w sposób naturalny, czyli oddając naturalne emocje.

Piąty Smak: I okazywanie emocji w ten sposób jest dopuszczalne?

Agnieszka Kapelko: To jest jak najbardziej dopuszczalne, ale też trzeba znać sposób w jaki emocje, uczucia etc. są wyrażane w Indiach za pomocą gestów. Przykładowo, gest przywoływania kogoś wygląda zupełnie inaczej niż u nas. Dlatego też zawsze dąży się do tego, żeby wytłumaczyć treść i opowiedzieć, o czym tańczy tancerka, bo osoba która nie miała z tym nic wspólnego wcześniej nie jest w stanie zrozumieć sensu tego tańca. Język jest tak symboliczny, że nawet jeżeli tancerz używa tej naturalnej formy, to lepiej wiedzieć o co chodzi, bo trudno się domyślić.

Piąty Smak: Czym jest ta naturalna forma?

Agnieszka Kapelko: To gesty, których się używa w życiu codziennym. Wtedy nie okazuje się emocji w sposób sztuczny, przerysowany, tylko bardziej przypomina to to, czym posługujemy się na co dzień. Przerysowane i bardzo skodyfikowane gesty opisane są w pismach.  Jak się powinno gniewać, jak powinno się wtedy ułożyć brwi etc. Jest się bardziej taką maską tak naprawdę. Też za pomocą tej maski tancerz ma w sposób symboliczny wpłynąć na odczuwane emocje przez widza.

Piąty Smak: A mudry?

Agnieszka Kapelko: Zacznę może od tego, że w tańcu bharatanatjam bardzo rzadko używa się określenia mudra, gesty dłoni noszą nazwę hasta. Istnieje cały alfabet, który składa się z dwudziestu ośmiu pojedynczych i dwudziestu czterech złączonych, czy też podwójnych gestów. Sposobem, aby się tego wszystkiego nauczyć jest właśnie indyjska melorecytacja. Poprzez śpiew zapamiętuje się gesty.

Piąty Smak: Istnieją różnice w chorografii solowej a grupowej?

Agnieszka Kapelko: Ten taniec można tańczyć grupowo albo solowo i to są dokładnie te same tańce, więc każda dziewczyna z zespołu, może zatańczyć solowo taniec, którego uczymy się zespołowo.

Piąty Smak: A czy bharatanatyam  tańczą także mężczyźni?

Agnieszka Kapelko: Mogą tańczyć i mężczyźni, i kobiety. Początkowo tańczyły tylko kobiety w świątyniach, ale od jakiś kilkudziesięciu lat tańczą też mężczyźni. Kiedyś byli jedynie nauczycielami tańca, a tańczyły kobiety. Dzisiaj jest inaczej.

Piąty Smak: Istnieją jakieś różnice w tańcu wykonywanym przez mężczyzn?

Agnieszka Kapelko: Są drobne różnice, np. typowo męskie ustawienie dłoni. Niewielkie zmiany w gestach jedynie.

Piąty Smak: A jeśli chodzi o strój, to i czy tu obowiązują reguły?

Agnieszka Kapelko: Tak, jak wszędzie, i w strojach do tańca bharatanatjam obowiązuje moda. Są więc odpowiednie fasony, zakładki, moda wpływa na to, czy spodnie są pomarszczone, czy gładkie. Trendy wyznaczają tancerki „z tej górnej półki” – jak zatańczą w jakimś stroju, który jest nietypowy, to potem inne tancerki starają się je naśladować. Ale moda się zmienia. Mam stroje, które szyłam sobie kilka lat temu, i w tej chwili są już niemodne…

Piąty Smak: Strój w takim sensie też ma jakieś znaczenie symboliczne, czy jest tylko estetycznym dodatkiem?

Agnieszka Kapelko: Strój wzorowany jest na ubiorze tancerek świątynnych i charakteryzuje się pewnymi stałymi elementami, np. rozkładający się wachlarz pomiędzy kolanami tancerki. Podkreśla się również wcięcie w talii, a góra stroju imituje sari. To tradycyjny strój używany od bardzo dawna, wyglądem przypomina sposób w jaki wiązały sari świątynne tancerki dewadasi.

Piąty Smak: Jeżeli chodzi o dodatki, np. dzwonki, makijaż, ozdoby etc., to też mają jakieś znaczenie, czy jest to już kwestia indywidualna?

Agnieszka Kapelko: Te elementy także wywodzą się z tradycji. Biżuteria, której używa się w tańcu, to biżuteria świątynna.  Zazwyczaj taka oryginalna świątynna biżuteria jest droga, ponieważ wykonana jest ze srebra i pozłacana, dlatego tancerki zwykle używają imitacji tej świątynnej biżuterii. Z kolei makijaż nie bardzo ulega zmianom w przeciągu lat. Chodzi o to, żeby podkreślić oczy, które odgrywają bardzo ważną rolę w tańcu, szczególnie w tych momentach, kiedy opowiadamy historię. Ruchy oczami są, oczywiście, skodyfikowane. Tancerka musi dążyć do tego, aby z bardzo dużej odległości jej oczy były widoczne, ponieważ to za pomocą oczu wyraża treść w historiach pantomimicznych. Maluje się także stopy i dłonie czerwonym barwnikiem alta, aby były również bardziej widoczne dla widza.

Piąty Smak: A tak charakterystyczne dzwonki, które tancerki mają na stopach, czemu służą?

Agnieszka Kapelko: To jest zarazem instrument muzyczny, który pomaga utrzymać rytm, ale i najbardziej symboliczny element kostiumu. Dawno temu kiedy dewadasi jeszcze tańczyły w świątyniach, odbywał się specjalny obrzęd dawania takich dzwonków tancerce. To była jej inicjacja. Dzwonki wkłada się na samym końcu, kiedy już się jest w całym kostiumie. Kiedy już jest się gotowym do występu. A po występie zaczyna się ściąganie stroju właśnie od dzwonków. W Indiach dzwonki podaje się nauczycielce do pobłogosławienia przed występem i dopiero wtedy się je zakłada. Miałam pudżę, czyli takie poświęcenie dzwonków, jak byłam w szkole w Mamallapuram. To było spotkanie bardzo wcześnie, chyba o szóstej rano, u nauczycielki i ona odprawiła specjalną ceremonię właśnie poświęcenia dla mnie dzwonków. Każda tancerka ma swoje dzwonki i raczej się ich nikomu nie pożycza.

Plakat z mojego pierwszego występu w Hubli

Piąty Smak: A pamiętasz swój pierwszy publiczny występ?

Agnieszka Kapelko: To był występ, na który nagle została zaproszona moja nauczycielka. Jej znajomy z jakiejś gazety powiedział, że jest występ w Hubli. Bardzo duży występ, na którym zaprezentowane będą tradycyjne formy sztuk. I żeby koniecznie zatańczyła ze swoją białą uczennicą. Dodatkowa atrakcja! To było w 2004 roku. Moja nauczycielka zabrała mnie wtedy do swojej nauczycielki na wieś i tam przygotowywały mnie we dwie. To było wyzwanie. Ale ostatecznie się udało. Byłam bardzo zestresowana, ale to było niesamowite doświadczenie. Wtedy jeszcze, oczywiście, nie miałam swoich dzwonków, swojej biżuterii – wszystko się działo „na szybko”, ale bardzo dobrze to pamiętam. I potem jakoś zaraz po tym występie były kolejne i kolejne. Najbardziej wzruszył mnie jeden występ, na który została zaproszona moja nauczycielka już ze mną na małą wioskę. I to było niesamowite jak ci ludzie byli zafascynowani tym, że biała dziewczyna tańczy ich taniec. Pamiętam, że dostałam wtedy od publiczności dwadzieścia rupii, czyli wtedy odpowiednik 2 zł. To byli bardzo biedni ludzie, a te dwadzieścia rupii to było wyżywienie całej rodziny przez dwa dni. Więc tym bardziej mnie to wzruszyło. Trzymam te dwadzieścia rupii do dzisiaj.

Piąty Smak: Twój taniec został więc doceniony. Czy bharatanatyam stanowi łącznik między starożytnymi Indiami a współczesnością? Czy nadal jest emocjonalnie odbierany w Indiach?

Agnieszka Kapelko: To jest coś niesamowitego, jak hindusi potrafią reagować na historie mitologiczne, które znają od dziecka. Byłam kiedyś na występie mojej nauczycielki. Poprzez taniec opowiadała historię, jak bóg Sziwa stworzył Basmasurę. Ponieważ codziennie bóg Sziwa smarował się popiołem, stworzył pomocnika Basmasurę, który za pomocą dotknięcia dłonią głowy człowieka zamieniał go w popiół. W ten sposób dostarczał Sziwie potrzebny popiół. Oczywiście wymknęło się to spod kontroli i Basmasura zaczął zabijać za dużo ludzi. Trzeba było go powstrzymać, dlatego bóg Wisznu przybrał postać pięknej kobiety. Zamienił się w Mohini, która była tancerką i zaczęła Basmasurę namawiać, żeby powtarzał za nią ruchy taneczne. Basmasura dał się nabrać i oczywiście jedna z póz tanecznych polegała na tym, żeby położyć rękę na swojej głowie. Basmasura powtórzył ten gest i zamienił się w popiół. Niesamowite było to, że ludzie którzy znają dokładnie tę historię, tak bardzo ją przeżywali widząc ją na scenie. Klaskali na stojąco, jak w końcu tancerka wyprowadziła w pole Basmasurę. Oni po prostu tym żyją, dla nich ta historia jest wciąż prawdziwa.

Piąty Smak: A jak się zaczęła historia zespołu NATYALAYA?

Agnieszka Kapelko: Jak przyjechałam z Indii, to zaczęłam szukać miejsc, gdzie np. mogłabym uczyć tańca. Zaraz po powrocie z Indii miałam występ, na którym spotkałam się z Ewą Wardzałą, która była wcześniej na stypendium w Indiach. Okazało się, że ona też tańczy. Stwierdziłyśmy więc, że fajnie byłoby zrobić coś razem. I ta współpraca trwa tak naprawdę do dzisiaj. Ewa jest fantastyczną osobą. Obie uczyłyśmy tego tańca, prowadziłyśmy zajęcia i z naszych wspólnych uczennic, które rezygnowały, przychodziły, odchodziły, utworzyłyśmy grupę. Ostatnio, ze względu na moją przeprowadzkę do Wrocławia, rzadziej się spotykamy, ale NATYALAYA istnieje i ciągle tańczy.

Piąty Smak: Ale we Wrocławiu też tańczysz.

Agnieszka Kapelko: Pierwsze, co stwierdziłam, jak przeprowadziłam się do Wrocławia, to „muszę zacząć uczyć tańca!”. Więc to pierwsze, co zaczęłam robić. Ledwie się przeprowadziłam, a już kilka dni później poszłam do szkoły Manomani i zapytałam, czy jest możliwość otwarcia kursu tańca bharatanatjam. Udało się i byłam bardzo zaskoczona ilością chętnych. To jest mało popularny taniec  – nie oszukujmy się, to nie jest taniec brzucha! A okazało się, że jest bardzo dużo osób we Wrocławiu, które chcą się tego uczyć i to naprawdę chcą. Od momentu kiedy zaczęłam zajęcia w grudniu zeszłego roku, są osoby które chodzą na każde zajęcia do dzisiaj. Naprawdę są utalentowane i to też  dodaje mi strasznie dużo energii, strasznie fajnie się to wszystko ułożyło. Ten Wrocław to jest miejsce, gdzie wszystko się może zdarzyć. Jak w Indiach.

Piąty Smak: Dzięki Tobie powstało w naszym mieście świetne miejsce. Oraz nowa grupa, której taniec możemy od czasu do czasu podziwiać.

Agnieszka Kapelko: Tak, moja nowa grupa to MAYURA. Po prostu po kilku miesiącach, kiedy zobaczyłam, że dziewczyny naprawdę świetnie sobie radzą, szybko się uczą i kochają to, co robią, bo to naprawdę czuć, że robią to z sercem, stwierdziłam, że chyba już pora. Bo wiem na pewno, że one chcą to robić, i robią to na tyle dobrze, że mogą już pod szyldem zespołu występować.

Piąty Smak: Była trema przed pierwszym występem grupy?

Agnieszka Kapelko: O tak! Czułam się już tak naprawdę jak nauczycielka.

Piąty Smak: A jakieś plany na przyszłość związane z zespołem? Będzie można Was gdzieś zobaczyć w najbliższym czasie?

Agnieszka Kapelko: Planów mam dużo, bo chciałbym przygotować np. taki tradycyjny występ. Bo jest określony repertuar, który taniec powinien być na początku, który w środku itd. Chciałabym zrobić taki właśnie występ, jakie robi się w Indiach. Ale on będzie trudny do przyjęcia dla przeciętnego widza…

Piąty Smak: Dlaczego?

Agnieszka Kapelko: Bo będzie długi. Ale być może, że wykonywany przez cały zespół tak nie znuży publiczności. Byłoby ciężko, gdybym wykonywała ten repertuar solowo, bo to byłby około godzinny występ. Chciałabym, aby to był repertuar, który tańczy się w Indian podczas uroczystości inicjacji scenicznej tancerki arangetram. Być może uda się także przygotować coś na wiosnę na indyjskie święto kolorów Holi.

Piąty Smak: Jesteś tancerką, ale i uczysz, co jest w bharatanatjam najtrudniejsze i co jest najważniejsze w nauce tego tańca?

Agnieszka Kapelko: Cierpliwość. To jest ważniejsze niż talent. Są osoby, które bardzo szybko się uczą, ale rezygnują. A to że szybko złapią kroki, nie znaczy, że dobrze tańczą. Chodzi o to, że ten taniec musi się w ciele zadomowić, żeby ciało nabrało odpowiedniej struktury. Więc nawet, jak ktoś się bardzo szybko uczy, to widać, że krótko tańczy. Nawet jak nie myli kroków itd., to widać, że potrzebuje czasu. Ten taniec ogólnie potrzebuje cierpliwości i czasu, żeby nabrał „tego czegoś”.

Piąty Smak: Ale do Wrocławia przyciągnęło Cię coś jeszcze poza tańcem.

Agnieszka Kapelko: Planowałam ten Wrocław między innymi dlatego, że tu jest szkoła sztuk walk indyjskich kalarippajattu, którymi również się zajmuję. To jedyna taka szkoła w Polsce, bo nie słyszałam, żeby była jakaś inna, szkoła południowo-indyjskich sztuk walki kalarippajattu. Prowadzi te zajęcia hindus z Kerali, który ożenił się z Wrocławianką, która na szczęście sprowadziła go tutaj i mamy możliwość robienia czegoś naprawdę szczególnego.

Szkoła tańca w Mamallapuram w Tamil Nadu

Piąty Smak: A jak się zaczęła Twoja przygoda ze sztukami walki?

Agnieszka Kapelko: Zaczęłam jeszcze w Krakowie, jakieś trzy lata temu, i poszłam na zajęcia, ponieważ one są bardzo wymagające fizycznie. Potrzebowałam tego do tańca, bo samemu po prostu tak naprawdę trudno jest się zmobilizować do takiej ciężkiej wymagającej pracy. Chciałam mieć dobrą formę, ale okazało się, że kalarippajattu to moja druga pasja.

Piąty Smak: Czym się charakteryzuje ta sztuka walki?

Agnieszka Kapelko: To jest bardzo stara sztuka walki. Na początku zaczyna się naukę od przygotowania ciała, jest to bardzo mocny trening rozgrzewający, dużo ćwiczeń wzmacniających nogi, bo walczy się na pozycji z jedną nogą ugiętą i drugą wyprostowaną. A niskie pozycje wymagają dużej elastyczności i mocnych nóg. Nauka zaczyna się od sekwencji ruchowych. Tych sekwencji jest około trzydziestu sześciu. Na początku ćwiczy się je w pojedynkę. Dopiero na dalszym etapie nauki dochodzi do sparingu. Uczy się też walki z kijem, takim dużym bambusowym kijem, a potem dochodzi też inna broń, np. nóż, miecz, urumi, czyli taki elastyczny miecz obosieczny. To też jest połączone z ogromną pracą nad sobą, nad swoim ciałem. Kalarippajattu wymaga przede wszystkim dużej sprawności fizycznej.

Piąty Smak: Czy da się kalarippajattu czy bharatanatjam ćwiczyć bez wnikania w kulturę i historię Indii?

Agnieszka Kapelko: Trudno jest to wszystko pooddzielać, bo np. same te sztuki walki są bardzo związane z ajurwedą, czyli indyjską medycyną naturalną. To też jest cały system – nie poznaje się tylko ruchu, ale poznaje się całe ludzkie ciało i te punkty w ciele, za pomocą których możemy np. obezwładnić przeciwnika. W Indiach praktykuje się także specjalny masaż, który przygotowuje do treningu. Można więc zacząć ćwiczyć kalarippajattu czy tańczyć, ale nie uniknie się Indii. Każda historia, której uczymy się w tańcu, wywodzi się z mitologii indyjskiej, a więc każdy dowie się, co to jest za bóg, co on lubi, czego nie lubi, jak wygląda etc.

Piąty Smak: Masz jakieś rady dla osób, które chciałby zacząć chodzić na zajęcia z tańca lub sztuk walki?

Agnieszka Kapelko: Myślę, że przede wszystkim trzeba próbować w życiu różnych rzeczy i szukać czegoś dla siebie, co daje nam przyjemność. Przy okazji możemy wzmocnić swoje ciało i w przypadku tak trudnych sztuk jak bharatanatjam i kalarippajattu możemy też kształtować swój charakter. Obcowanie z wyrafinowaną sztuką z przed kilku tysięcy lat to naprawdę cudowne doświadczenie i polecam każdemu,  niezależnie od wieku, kondycji fizycznej, czy zdolności.

Piąty Smak: Dziękuję za rozmowę.

 

Zdjęcia: archiwum Agnieszki Kapelko

 

Agnieszka Kapelko naukę tańca bharatanatjam rozpoczęła w 2004 roku podczas samotnej wyprawy po Indiach. W roku 2009 zdała egzamin państwowy z tańca bharatanatjam organizowany przez Institut Gandharva Mahavidyalaya w Mumbaju. Od tamtej pory każdego roku bywa w Indiach, gdzie doskonali swój warsztat. Dodatkowo prowadzi zajęcia z tańca bharatanatjam oraz doskonali się w sztuce kalarippajattu.

Newsletter

No Comments

Leave a Reply