Podróże

Thai Love – część druga – Chiang Mai.

Zobacz: Thai Love – część pierwsza.

Po wylądowaniu na płycie lotniska Chiang Mai, wsiadamy do typowo Azjatyckiego lotniskowego autobusiku. Przeciętnego wzrostu Europejczyk dotyka tam głową sufitu. Wysiadamy więc z samolotu, jedziemy kawałek autobusikiem i wchodzimy na lotnisko. Czekając na bagaże rozglądamy się wokoło. Na lotnisku, tak samo jak w Bangkoku stoją posążki buddy z kadzidełkami.

Przeglądamy porozkładane ulotki hoteli, Guest House-ów oraz salonów masażu, zabieramy tylko parę mapek. Nasze bagaże leniwie wjeżdżają na taśmie. Zbieramy je nieśpiesznie i podchodzimy do jednej z Pań naganiających taksówki. Lotnisko jest raczej puste i spokojne. To chyba normalne o tak wczesnej porze.

Wychodzimy na zewnątrz, jest naprawdę ciepło i wilgotno. Przed lotniskiem tłoczą się taksówkarze, ale nikt nas nie zaczepia – widzą, że idziemy z pośrednikiem. Za chwilę podjeżdża pseudo-terenówka, do której pakujemy nasze bagaże i ładujemy się do mocno klimatyzowanego wnętrza. To chyba wspólna cecha całego wschodu, klima jeśli już jest do odkręcona na maksymalnie niską temperaturę.

Wiemy gdzie mamy jechać, bo Tony wybrał wcześniej Guest House, niestety nasz kierowca nie bardzo się orientuje. Dialog wygląda mniej więcej tak:
My: … Gap House
Kierowca: …Oh
My: Gap House, Soi 4
Kierowca szuka mapy, kompletnie nie wie o co chodzi, chociaż to bardziej popularny GH w Chiang Mai. Wreszcie, Tony pokazuje mu ulice na mapie, a na kartce pisze adres.
Kierowca: …Oh, Gap House, Soi 4…

Ruszamy w stronę miasta… Jedziemy oczywiście po lewej stronie drogi, w Thai niestety takie obowiązują przepisy. Co po powrocie z Kambodży, gdzie obowiązuje ruch prawostronny, okaże się dość dość bolesne dla jednego z uczestników 🙂

99% transakcji w Thai trzeba negocjować. Zaczynając od tak oczywistych rzeczy jak owoce na targu, kończąc na rachunku w restauracji, czy lekach w aptece. Standardowo trzeba robić to na wyczucie, a ceny są różnie windowane. Przykładowo zegarek w Bangkoku „Breitlinga” zaczyna się od 4000 Batów, a można spokojnie wynegocjować 600-900 Batów. 100 Batów = ok. 9 zł. Standardowo to co zauważyłem, na straganach z żywnością, czy koszulkami ostateczna cena powinna wynosić ok 30-40% ceny wywoławczej. Im mniej tym ciężej negocjować, a nie zawsze jest na to czas.

Do Chiang Mai wjeżdżamy 3 pasmową drogą. Nasz GH leży mniej więcej po środku Starego Miasta. Okazuje się, że w miasteczku rano jest jakaś parada, zmusza naszego kierowcę do alternatywnej drogi. Jadąc z naszym taksówkarzem przeciskamy się przez wąskie uliczki miasta. Tak wąskie, że czasem przypominają ścieżkę dla pieszych. Tymczasem samochody jakimś cudem mijają się jadąc z przeciwnych stron. Po jakimś czasie dojeżdżamy do naszego hoteliku.

Lekko mży, wygramoliwszy się z auta rozciągamy wszystkie kości i rozglądamy się dookoła. Okazuje się, że na przeciwko naszego hoteliku jest katolicka szkoła/koścół, w około było sporo takich szkół. Stwierdziliśmy to po grupkach dzieciaków ubranych w biało granatowe mundurki… Mniej więcej takie jak w Azjatyckich filmach porno 🙂

Zatrzymaliśmy się w:

Gap’s House
3 Rachadamnern Road, Soi 4
Chiangmai 50100 Thailand
Tel.: 053-278140, 270143
http://www.gaps-house.com
E-mail: thaiculinaryart@yahoo.com

Nasz Guest House jest bardzo Tajski. Znajduje się wśród egzotycznych palm, bambusów i innych roślin. Wchodząc na teren GH przestaje być słychać odgłosy ulicy. Na drzewie siedzą jakieś ptaszki i mile świergocą, co jakiś czas pojawiają się też jakieś inne gryzonie. Pokoje są bardzo przyjemne i orientalnie urządzone. Mamy w nich klimatyzację, ciepłą wodę, moskitiery, czyste ręczniki, prąd i internet. Pokój kosztuje 700 Batów. Nie ma rezerwacji, bo ciągle mają komplet.

Ponieważ jest wcześnie rano, postanawiamy zjeść śniadanie ( jajecznica na liściu bananowca, 2 tosty, dżem, masło ), rozpakować się i chwilę odpocząć. No może nie do końca, bo kolejnego dnia mamy jechać na 3 dni do dżungli.

4105397018_f0d81b9725_b 4105395914_95e4d8e179_b

Przespaliśmy się chwilę… wreszcie w normalnym łóżku, nie trwało to co prawda zbyt długo… musieliśmy przecież iść w miasto, zacząć wreszcie zwiedzać!

Chiang Mai jest położone na północy Tajlandii, otoczone przez góry. Jest tam trochę chłodniej niż w południowej części kraju, a kuchnia jest nieco mniej pikantna, ale o tym za chwilę.

Zwlekliśmy się jakoś z łóżek zebraliśmy podręczne rzeczy i wyszliśmy z „Gapa”. Wszystkie dzieci, były akurat przed szkołą, więc było dość tłoczno. Pani przed szkołą sprzedawała z przenośnej garkuchni kurczaka i inne specjały. Była do niej spora kolejka, a my byliśmy głodni jak cholera. Zdecydowaliśmy się spróbować kurczaka z ulicy ( później takie smakołyki nazywaliśmy „patyczkami”). Wyglądało to jak Stripes z KFC nabite na patyk od szaszłyków.

Wybrałem sobie dwa kawałki kurczaka, Pani wsadziła mi je w foliową torebkę i wlała łyżkę sosu. Wyglądało to dobrze, chociaż kawałek kurczaka kosztował 5 Batów ( około 40 groszy ). Smak cudowny, rozpływający się w ustach, lekko słodkawy, a kurczak super-delikatny. Podobny smak miały Chicken Tenders w Rodeo Drive z tym słodkim miodowym sosem. Na zdjęciu Marcin z owym smakołykiem.

Dla mnie kuchnia Tajska należy do jednej z najlepszych na świecie! Przed przyjazdem do Tajlandii wiele się o niej naczytałem i nasłuchałem, jednakże nie sądziłem, że tak mile się zaskoczę. To co można zjeść w Polsce, nie zbliża się nawet, do tego co można zjeść na ulicach Chiang Mai i całej Tajlandii. Nie wszyscy uczestnicy chcieli próbować wszystkiego co inne i za każdym razem czegoś odmiennego. Hania wybrała sobie jedną potrawę ( tajskiego kurczaka z orzeszkami nerkowaca ) i jadła ją przez cały pobyt. Zamawiała to samo w każdej „knajpie”.
Gdy próbowała innych potraw, którymi się dzieliliśmy, zawsze trafiła na jakąś piekielnie ostrą papryczkę, taką to miała niesamowitą zdolność.

  

Tymczasem posileni wspaniałym kurczakiem idziemy dalej w miasto, mijamy mały targ i zatrzymujemy się przy kantorze. Każdy kupuję trochę Batów… Tutaj ciekawostka:

Na każdym banknocie widnieje podobizna króla. Taka sama. Tajowie czczą króla i parę królewską jak bogów. Wszędzie są porozwieszane jego podobizny. Za nadepnięcie banknotu lub obrazę grozi kara więzienia. W miejscowościach turystycznych, można o tym luźniej porozmawiać, ale radzę uważać. Tajowie są na ten temat strasznie przeczuleni.

Po wymianie waluty łapiemy tuk-tuk’a. A co to takiego ? Tuk-Tuk ( po tajsku, szybko-szybko), to najpopularniejszy środek transportu dla turystów w tamtym rejonie świata. Występuje on też w innych krajach Azji jak Indie czy Kambodża, jednakże różnią się od siebie. Tuk-Tuk to po prostu riksza motorowa. Mały motorek z przyczepką złączony w jedną całość.

Z kierowcami Tuk-Tuk’ów (jak już wspominałem wcześniej) trzeba się mocno targować. My mieliśmy ten przywilej, że zawsze braliśmy dwa i bardziej opłacało im się jechać za niższą stawkę. Zasada jest prosta, jeśli wiesz że powinien jechać za mniejszą kwotę, a nie chce zejść niżej, po prostu zacznij iść w swoją stronę. W 80 procentach przypadków zawoła Cię i zgodzi się na Twoją cenę. Zawsze warto zapytać się w hotelu ile powinna wynosić taka podróż.

Nasz pierwszy kierowca był kompletnie pijany, ledwo stał na nogach, ale prowadził nawet nieźle.

Szkoda czasu na chodzenie pieszo i szkoda pieniędzy na jeżdżenie taksówkami ( o taksówkach, napiszę w części o Bangkoku), Tuk-Tuk to świetne rozwiązanie. Poznaje się w ten sposób miasto i okolice, a kosztuje to naprawdę niewiele.

Chiang Mai pełne jest świątyń, a w każdej z nich czeka inny Budda. Widziałem każdy rodzaj Buddy: mali, duzi, ogromni, stojący, leżący, siedzący, z kamienia, ze złota, z jadeitu… W większości świątyń Budda siedzi sobie w centralnym miejscu, ale czasem jest tak mały, że nie wiadomo, który z nich jest najważniejszy. W każdej ze świątyń przeważnie jest parę figurek. Do każdej świątyni wchodzi się bez obuwia. Do świątyń o większej powadze należy wchodzić dodatkowo w długich spodniach i z zakrytymi ramionami. Nie ma takiego problemu jak w muzułmańskich krajach, turyści są wpuszczani do wszystkich miejsc kultu.

  

Ciekawostki:
Każdy Taj (mężczyzna), musi w swoim życiu być przez co najmniej 7 dni być mnichem. W autobusach i innym transporcie, są wyznaczone miejsca zarezerwowane tylko dla mnichów.
Tajlandia jest bardzo przyjaznym krajem, może ze względu na buddyzm kultura nakazuje im obrać taką postawę. Wszystko jest bardzo naturalne, każdy jest przyjacielski i pomocny. Nie spotkałem się tam z wrogością, złodziejstwem lub żebractwem. Generalnie rzecz ujmując, jak wszędzie są wyjątki.

  

Kolejną ciekawostką, tym razem kulinarną jest to, że w Tajlandii je się głównie łyżką i widelcem. Pomimo tego w każdej restauracji, nawet takich dla lokalsów ( my głównie w takich jadaliśmy ) są pałeczki, nawet na ulicy. Tajowie używają łyżki jako podstawowego sztućca, a widelcem tylko sobie pomagają.

Nie wiem dlaczego, ale wszystkim turystom, nawet w knajpach dla lokalsów podają ryż na talerzu. Powinno się podawać w miseczkach i tak się normalnie je.

W większości przypadków zamawialiśmy zawsze różne potrawy, stawialiśmy na środku stołu i wszyscy ( za wyjątkiem Hani ), próbowali wszystkiego. Niektóre potrawy były wyjątkowo ostre, ale mimo to przepyszne, inne słodko-kwaśne. To naprawdę niesamowite połączenie smaków. Tutaj muszę powiedzieć, bo wiele osób mnie o to pyta – Nie, nie miałem problemów z żołądkiem. Nie strułem się niczym, ani nic mi nie zaszkodziło. Jedyne problemy wynikały z tego, że czasem pewne potrawy były za ostre ( jak na mój europejski żołądek ) i dało się to później odczuć 🙂

Cały dzień w Chiang Mai spędziliśmy na zwiedzaniu świątyń oraz zabytków. Poznawaliśmy fascynującą kulturę Azji oraz Tajów. Wieczorem, tylko ja z Marcinem poszliśmy na Tajski boks (przeczytacie o tym w następnej części).

Wieczorem poszliśmy do bogatszej części miasta, zobaczyć nocny targ. Był dość spory, ciągnął się przez dwie ulice, można tam było kupić wszystko – od badziewia, po całkiem fajne rzeczy. Polecam kupić koszulki, są naprawdę bardzo dobrej jakości. W Bangkoku trzeba za nie zapłacić znacznie więcej.
Wszędzie można kupić bardzo dobrej jakości podróbki koszulek Lacoste, Bossa etc. W Chiang Mai na targu nocnym byliśmy dwa razy. Za pierwszym razem wszystkie koszulki np. Lacoste były normalnie wystawione, za drugim razem kiedy poszliśmy z zamiarem kupna nie było ich kompletnie nigdzie. Okazało się później, że policja podwyższyła haracze zbierane od handlowców i wszystko musieli trzymać pod stołem. Mimo wszystko udało nam się wynegocjować niezłe ceny. Za polówki „Lacoste”, zapłaciliśmy w przeliczeniu po 12 zł 🙂

Wieczorkiem wszyscy wyszliśmy na drinka. W knajapach można zamówić tgzw. buckety (wiaderka). Są to małe plastikowe wiaderka pojemności ok 1 litra. zamawia się takiego drinka, a w nim co tylko dusza zapragnie. My piliśmy standardowo Whiski Mekong z Colą 🙂 Wszyscy dostali słomki i pili z jednego bucketa, później wymieniało się wiaderko na nowe, ze świeżym lodem. Oczywiście jako Polacy, wychodziliśmy z kanjp raczej jako ostatni.

O ok. 3 w nocy zamierało życie, po ulicach włóczyły się już same Tajki z obleśnymi grubymi brytolami, niemacami etc. Tutaj było to mniej widoczne niż na ulicach Bangkoku. Można się było jeszcze natknąć na samozatrudnione „panny lekkich obyczajów” i ich alfonsów, no i oczywiście całą masę transików. No właśnie, apropo tranzwestytów.

Tranzwestyci w Tajlandii tgzw. Lady Boys to norma. Jest ich cała masa. Na początku było nam bardzo trudno ich rozpoznać, ale później widzieliśmy już różnicę.

Można ich odróżnić po troszeczkę szerszych ramionach i wzroście. Niewielu z nich zażywa estrogeny, na zmianę głosu – więc przy bliższym kontakcie to też jest bardzo charakterystyczne.
Jednym słowem trzeba uważać, bo część Lady Boys nie da się rozpoznać, są idealnie podrobieni. Piersi, głos, postawa, wzrost, uroda, sylwetka, no i oczywiście całokształt. Rozpoznanie części z nich, jest to niezmiernie trudne zadanie, a jego stopień trudności rośnie wraz z ilością wypitego alkoholu.

Na szczęście dla nas ( Marcina i mnie ) obyło się bez niespodzianek 😉 Mimo wszystko to bardzo dziwne zjawisko, gdy z knajp nawołują Cię na przemian Tajki z transikami. Dla lokalsów to zupełnie normalne i akceptowalne zjawisko.

4104756411_c53b9d2e2f_b

Tego dnia poszliśmy jeszcze z Marcinem na Tajski Box, knajpki ze ślicznymi Tajkami oraz „dom uciech cielesnych” z Chiang Mai zostawiliśmy sobie na później. Na później zostawiamy również Tajski masaż. Kolejnego dnia wczesnym rankiem wyjeżdżamy do dżungli. Musimy się znów spakować, jesteśmy padnięci, chcemy się w miarę normalnie wyspać. Zmiana czasu robi swoje do tego spora ilość Whisky Mekong. Wracamy wieczorem Tuk-Tuk’iem do GH i padamy ze zmęczenia… ostatnim tchnieniem zmniejszam temperaturę klimatyzacji do minimum… zasypiam od razu.

CDN…

 

Newsletter

1 Comment

  • Reply
    Piąty Smak » Thai Love – cześć pierwsza.
    17/03/2013 at 13:41

    […] Thai Love – część druga – Chiang Mai. Autor Kuba Kategoria Artykuły Komentarze 1 komentarz Pin It ← Poprzedni […]

  • Leave a Reply