Podróże

Thai Love – cześć pierwsza.

Opowiadanie to rozpocząłem w czasach gdy nie istniał jeszcze inkstagram, pisanie na łamach Piątego Smaku ma mnie zmobilizować, aby je ukończyć.

Wyprawa odbyła się 23.10.2009r. – 12.11.2009r.

Na pomysł wyjazdu do Tajlandii wpadliśmy już dawno, była to iskierka, która nie miała realnego charakteru jak wiele pomysłów powstających przy butelce wina. Mimo wszystko jak większość fajnych rzeczy, udało się to całkowicie spontanicznie. Zebraliśmy pięcioosobową ekipę i w przeciągu jednego, no może dwóch wieczorów postanowiliśmy już konkretnie – jedziemy! Plan wycieczki ustaliliśmy w miarę wspólnie, a już w czerwcu, o ile dobrze pamiętam kupiliśmy bilety lotnicze (na przełom października i listopada).

Nadszedł październik, przygotowania do wyjazdu rozpocząłem niecały tydzień wcześniej. Od mojego dobrego przyjaciela, dzięki któremu udało się wszystko tak sprawnie zorganizować, nazwijmy go Tonym Halikiem, dostaliśmy listę rzeczy jaką należy zabrać. Były na niej standardowe rzeczy jak szczoteczka, przybory do golenia, plecak, szmaty, po całkiem niestandardowe, jak dla mnie – mieszczucha. Przykładowo ręcznik szybkoschnący (co to u licha jest?), linka zapinana szyfrem, kubek turystyczny, latarka “czołówka” etc. Tak naprawdę przed samym wyjazdem uświadomiłem sobie, że nie będzie tak lekko jak z wylot do Egiptu na grzanie czterech liter. Troszkę mnie to zaniepokoiło, ale było to dla mnie kolejne doświadczenie do zdobycia. Nadeszła w końcu chwila, a w zasadzie wieczór kiedy trzeba było przejrzeć wszystkie rzeczy i zapiąć plecak. Spakowałem się, sprawdziłem ponownie listę, zadzwoniłem do Tonego, aby umówić się na rano i upewnić czy mam dobrą godzinę odlotu. Zostało mi tylko przespać się chwilę. Nazajutrz czekała mnie Azja i wielka przygoda!

Czwarta rano. Budzę się przed dzwonkiem budzika, co jest w moim wydaniu… cudem. Wstaje po niespełna godzinie snu. Ciężko mi było zasnąć, ale ja już tak mam, że denerwuje się przed podróżą. Za 15 minut muszę już wyjść bo ma podjechać taksówka. Siadam zaspany na łóżku i jak zwykle mam świadomość, że o czymś zapomnę. Tracę na to chwilę czasu i stwierdzam, że lepiej już się nie przygotuję. Szybki prysznic, ubieram się ciepło ( sweter, a na to bluza z kapturem) – nie zdążyłem kupić kurtki przeciwdeszczowej. Zakładam plecak, rozglądam się po mieszkaniu – chyba wszystko. Wychodzę.

Na dworze pogoda jest co najmniej nieprzyjemna. Ciemno, chłodno i pada deszcz. Ide parę kroków na stację benzynową gdzie umówiłem się na taksówkę. W myślach ciągle krążę wokół listy od Tonego i jej faktycznej realizacji… Aparat, obiektywy, ładowarki, telefon, laptop, portfel, paszport, karty kredytowe… Już czuję, że zapomniałem czegoś od komarów, a pal licho… kupi się na miejscu.

Taksówka spóźnia się 5 minut, w środku siedzi już Ania Z. wsiadam, witam się, ruszamy. Teraz już prosto na Wrocławskie “lotnisko” gdzie dojechać ma druga Ania i Tony. Marcin doleci do nas do Warszawy. Jedziemy przez zapłakane miasto, w radiu leci jakaś audycja… jest przed 4 rano. Nikt nic nie mówi, a taksówkarz wybrał jakąś dziwną trasę… niech jedzie.

Na lotnisko dojeżdżamy przed Tonym i Anią W. Siadamy gdzieś na ławce, ja zsuwam czapkę na oczy – spróbuję złapać jeszcze minutę snu. Tony przyjeżdża 15 minut później. Powoli zaczyna wstępować w nas wakacyjna ekscytacja. Pakujemy bagaże w pokrowce i oddajemy do odprawy. Przechodzimy odprawę bez niespodzianek, a celnicy tylko leniwie na nas patrzą… Oczywiście musiałem wyjmować laptopa, aparaty i wszystkie obiektywy… Jakże by inaczej. Już wiem… wziąłem stanowczo za mały plecak, a szkoda bo gdybym wziął większy upchnął bym jeszcze kamerę, której później mi bardzo brakowało (przypis aktualny, wtedy iPhone nie miał opcji nagrywania filmów).

Znajdujemy sobie miejsce w hali odlotów/przylotów i rozsiadamy się na twardych ławeczkach. Czemu są tak cholernie niewygodne… Próbujemy ze sobą rozmawiać, ale każdy jest myślami już tam – w Tajlandii. Anka W. zwana dalej Hanią, ciągle tylko gada jak najęta, standardowo nie przywiązujemy do tego uwagi 😉

Dla tych co nie wiedzą, obecnie Wrocławskie lotnisko jest mikroskopijne, więc nie jedziemy zbyt długo. Natomiast do Warszawy latają same kukuruźniki… skrycie liczę na to, że dostaniemy troszkę lepszy samolot, ale niestety nie dzieje się nic takiego.

Przed oknem widać jak podjeżdża mały autobusik, zaczyna się boarding. W zwyczaju lubię wsiadać ostatni, dlatego czekam do ostatniej chwili. Autobusik powoli się zapełnia a zniecierpliwieni ludzie czekają na jego odjazd. Widzę, że kolejka się przerzedza, wstaję a reszta ze mną. Wsiadamy do autobusiku, który po chwili odjeżdża w stronę małego samolotu.

Dla tych co nie wiedzą, obecnie Wrocławskie lotnisko jest mikroskopijne, więc nie jedziemy zbyt długo. Natomiast do Warszawy latają same kukuruźniki… skrycie liczę na to, że dostaniemy troszkę lepszy samolot, ale niestety nie dzieje się nic takiego.

Siadamy na swoje miejsca, po chwili śmigła zaczynają wirować i rozpędzając się po wyboistym pasie startowym wzbijamy się w powietrze.

W samolocie miła niespodzianka – gazetka o Tajlandii. Dowiaduję się paru ciekawych fun faktów. Powoli zachciewa mi się spać, ale już lądujemy… Warszawa.

Dziewczyny pilnują bagaży, a ja z Tonym wsiadamy w taksówkę i jedziemy do centrum, do znajomego, który odebrał nasze paszporty z ambasady z wklejonymi wizami Tajskimi. Jak zwykle nie wiedzieć czemu wszystko załatwiane było na styk, ale udało się – odbieram nasze paszporty od zaspanego kumpla i już jesteśmy w drodze powrotnej na lotnisko.

Na lotnisku w Warszawie spotykamy się z Marcinem. Nasza ekipa już jest w komplecie. Dla przypomnienia ja, Ania Z., Hania, Tony i Marcin. Jest cholernie rano, a to dopiero początek. Robimy odprawę, i wchodzimy na halę odlotów/przylotów. Mamy czas więc szwendamy się po lotnisku kupując zapasy alkoholu na drogę. Przeważyło whisky, kupiliśmy ok 2-3 litrów 🙂

Do Bangkoku udamy się wraz ze wspaniałą ukraińską linią lotniczą Aerosvit! Ładujemy się więc do małego jeta, którym polecimy do Kijowa, gdzie będziemy mieli przesiadkę i bezpośredni lot do Bangkoku.

Udało się, po krótkim locie (1,5h) jesteśmy w Kijowie.

Poszliśmy z Hanią po nasze karty pokładowe, ponieważ wszyscy inni dostali już swoje w Warszawie, a my mieliśmy jakieś zamieszanie w systemie. Znajomość angielskiego była u tej Pani z okienka bardzo nikła, ale udało nam się dowiedzieć, że nie ma dla nas miejsc w klasie ekonomicznej i musimy lecieć Biznes Klasą. Z wielkim bólem się na to zgodziliśmy, reszta z lekkim niedowierzaniem przygryzła język ;).

Wszyscy ospale ładujemy się do starego Boeinga dalekiego zasięgu, my z Hanią pozostajemy na przodzie, a reszta naszej ekipy nieśpiesznie zmierza ku ekonomicznej. Wydawało mi się dostrzec nawet przeszklone spojrzenia. Niestety na miejsca nie dało się zamienić – nawet gdybyśmy chcieli rzecz jasna.

Niestety w Biznes Klasie jest większa swołocz, niż w ekonomicznej. Nuworysze z Rosji i Ukrainy są gorsi niż Polacy w Egipcie, Turcji czy Tunezji.

Cóż mogę powiedzieć… Wszystko ma swoje wady i zalety.

Niestety w Biznes Klasie jest większa swołocz, niż w ekonomicznej. Nuworysze z Rosji i Ukrainy są gorsi niż Polacy w Egipcie, Turcji czy Tunezji. Osobiście najbardziej irytowało nas puszczanie „ruskotronic” z pstrokatych telefonów. Moda ta, później zawitała na nasze blokowiska.

Nie narzekam, nie zrozumcie mnie źle. Fotele były bardzo wygodne, jedzenie dobre, a obsługa miła. Ale nie zapłaciłbym za to 10 razy więcej, gdybym tego jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności nie dostał. Naprawdę było to bardzo miłe I zaskakujące doświadczenie, a w szczególe mnie i Hanię.

Przykładowe menu z naszego lotu poniżej;

Reszta naszej ekipy czasem robiła do nas krótkie wycieczki, podczas dziewięciogodzinnego lotu było ich trochę. Jednak u nich w przedziale było całkiem ciekawie i wesoło, zapas alkoholu z Warszawskiego lotniska ukoił ich ciężki los z małą ilością miejsca na nogi.

Lądujemy w Bangkoku! Lotnisko, jest czwartym co do wielkości na świecie! Jesteśmy na nim ok. 3:30 rano.

Przebieramy się w krótkie spodenki ( ja wyrzucam sweter do kosza, zostawiam sobie tylko bluzę ), trochę odświeżamy się w toaletach i czekamy… Czekamy na kolejny, na szczęście ostatni już samolot tego dnia (ok. 3 godziny czekania)… Będziemy lecieć na północ Tajlandii, do miasteczka Chang Mai.

Jesteśmy tak potwornie zmęczeni, że nie czujemy wakacji, ba nie czujemy, że jesteśmy w innym kraju, przecież od 20-kilku godzin siedzimy na lotniskach albo w samolocie. Wychodzę na chwilę na zewnątrz zapalić ostatniego papierosa. Uderza mnie niesamowicie duszne i gorące powietrze, czuje się jakbym wszedł do sauny. Jestem w szoku. Stoję tam chwilę, ale postanawiam wrócić, zdać bagaż i znaleźć jakąś wygodniejszą ławeczkę, aby wygodnie się rozciągnąć.

Na szczęście są znacznie wygodniejsze niż te “nasze europejskie” – bo obite. Wszyscy kładą się wzdłuż, czekając na odprawę na ostatni lot. Hala powoli wypełnia się ludźmi różnej narodowości, głównie Azjatami.

Wsiadamy wreszcie w ostatni samolot linii lotniczych AirAsia. Witają nas prześliczne stewardessy, a samolot jest całkowicie nowy. Leci z nami może piętnastu, dwudziestu innych pasażerów. Każdy z nas znajduje sobie osobny rząd foteli i choć na chwile chce znów wyciągnąć nogi.

Do Chang Mai dolatujemy przed 8:00 rano. Wysiadamy z samolotu… Jesteśmy! Wreszcie po tylu godzinach! Wchodzimy na lotnisko, zbieramy bagaże z milionem nalepek i wychodzimy na postój taksówek! Jest ciepło, a powietrze przesycone jest wilgocią… zaczynamy naszą wyprawę.

Zobacz: Thai Love – część druga – Chiang Mai.

Newsletter

1 Comment

  • Reply
    Piąty Smak » Thai Love – część druga – Chiang Mai.
    17/03/2013 at 13:29

    […] Zobacz: Thai Love – część pierwsza. […]

  • Leave a Reply