Artykuły

Tuszem i pędzlem… w Bełchatowie.

O trudniejszej stronie kultury japońskiej i malarstwie tuszowym w rozmowie z Mariuszem Gosławskim, przewodniczącym Klubu Kultury Japońskiej w Bełchatowie.

Piąty Smak: Jak się zaczęła Twoja przygoda z Japonią?

Mariusz: To było już dawno temu. Zaczęło się tak naprawdę od filmów kung-fu z Brucem Lee. Później przyszły filmy Akiro Kurosawy i „Szogun” JamesaClavell’a. Ten ostatni, nie zliczę ile razy oglądałem. Za każdym razem robi na mnie niesamowite wrażenie: architektura, wystrój wnętrz, kimona i język japoński. Pojawiały się pierwsze prace origami (nieśmiertelne żurawie). Na studiach były pierwsze kroki w nauce języka japońskiego. Efekt póki co mizerny, ale przyjdzie czas, to się wróci do nauki.  Nie sposób pominąć tradycyjnej japońskiej muzyki, pełnej wdzięku i klimatu. Był też czas na drzewka bonsai i ikebanę, i koniecznie trzeba było odwiedzić Japoński Ogród we Wrocławiu. Następnie zainteresowałem się malarstwem japońskim sumi-e, a za malarstwem przyszła kaligrafia i buddyzm zen ze swoim minimalizmem.

Piąty Smak: Co Ciebie najbardziej ciekawi w Japonii, co jest warte uwagi?

Mariusz: Musimy wrócić do „Szoguna”, bo to jest chyba dla mnie najbardziej kolorowy okres w dziejach  Japonii. Te kimona, gejsze, architektura drewniana i zamki. Ceremonialność, ten szacunek Japończyków, to że oni się tam wszędzie kłaniają – jest to coś zupełnie innego niż u nas. I cała ta scenografia i klimat jak z bajki. Te ogrody japońskie, tradycyjne i kamienne ogrody zen. Chętnie bym sam wziął grabki i tam pograbił koło tych kamieni. I sztuka japońska. Za rzeźbą to niekoniecznie przepadam, ale architektura, jak najbardziej do mnie przemawia, no i malarstwo japońskie, kaligrafia.

Piąty Smak: Wiem, że zajmujesz się właśnie kaligrafią i malarstwem tuszowym. Możesz powiedzieć coś więcej o samym procesie powstawania, inspiracjach, warsztacie?

Mariusz: Sam proces powstawania to jest dla mnie… bajka. Na pewno czerpię inspirację z tradycyjnych prac japońskich. Kolorowe malarstwo niekoniecznie – wolę czarno-białe. Motywy kwitnącej wiśni, żurawie, bambusy, chociaż to podobno jest bardziej chińskie niż japońskie. Architektura japońska, pagody, w ogóle pejzaż japoński, góry…

Piąty Smak: Malujesz z pamięci, na podstawie jakiegoś obrazu, zdjęcia, czy wymyślasz to, co chcesz namalować?

Mariusz: Różnie. Przy bambusach, czy w ogóle roślinności, to jest tak, że jeśli coś zobaczę, to zawsze coś swojego dołożę i powstanie coś nowego. Przy pejzażach wzoruję się na zdjęciach. Przy malowaniu się po prostu odpływa. Powinno się chyba powiedzieć „medytuje” i wtedy dopiero się tworzy. Taka jest procedura – najpierw trzeba wejść w jakiś stan i później ten stan przenieść na papier. Taniec pędzla, w którym ruchy nie są przypadkowe… Na pewno nie chcę kopiować kreska w kreskę i listek bambusa w listek, tylko własną wizję jakiegoś motywu stworzyć, namalować, ale po mojemu. Im więcej tych prac robię, tym one coraz mniej mają koloru, a coraz więcej tła. Więcej widzę na pustym tle, niż jak je całe zamaluję. Jak w ogrodach japońskich – nie ogląda się kamieni i piachu, tylko to, co jest pomiędzy nimi, to jest ważne. Tak samo jest w malarstwie. Im mniej na obrazie, tym lepiej. Podobno jest taka teoria, że, by obraz był dobry, musi żyć, czyli musi mieć to coś pomiędzy machnięciami pędzla. Jak tego nie ma, to można sobie robić tysiące prac i wszystkie do kosza się wyrzuca.

Piąty Smak: Każdy twój obraz jest inny, czy zdarza Ci się powtarzać motywy, sceny, postacie?

Mariusz: Nie, nie, każdy jest inny. Mogę namalować czterysta bambusów tylko, że każdy będzie inny. Nie mam takich samych. Zawsze, nawet, jeśli wzoruję się na tej samej pracy, to do każdej coś tam swojego dołożę, zależy… w jakim stanie umysłu jestem.

Piąty Smak: A dlaczego czarno-białe prace a nie kolor? Widziałam, że kolor pojawia się w Twoich pracach.

Mariusz: Zdarza się. Kwitnące wiśnie bardziej podobają mi się w kolorze czerwonym niż białe. Ale czarno-białe obrazy jakoś do mnie bardziej przemawiają, są takie surowe i więcej mówią niż kolorowe tak naprawdę.

Piąty Smak: Udało Ci się już gdzieś pokazać swoje prace?

Mariusz: Na razie były na trzech wystawach. Pokazywałem je w Domu Kultury w Zelowie i w Galerii „U Panien” w Piotrkowie Trybunalskim. W marcu tego roku mieliśmy wystawę na pierwszą rocznicę tsunami w Japonii, w Bełchatowie. To była kilkugodzinna wystawa, ale była. W planach jest także pokazanie prac na Dniach Kultury Japońskiej w Bełchatowie, które chcemy wraz z Klubem zorganizować. Oprócz tego dostałem zaproszenie do pokazania swoich prac na Dniach Japońskich na Uniwersytecie Łódzkim w przyszłym roku. Jeśli tylko jest jakieś miejsce to ja chętnie pokazuję swoje prace. Prowadzę również stronę internetową, gdzie można moje prace zobaczyć.

Piąty Smak: A czy sprzedajesz swoje prace, czy malujesz tylko dla siebie?

Mariusz: Wszystko się tak zaczyna, że maluję zawsze dla siebie, dopóki ktoś tego nie zobaczy. Jak się znajdzie chętny, to sprzedaję. Jednak rzadko rozstaję się z pracami, do których mam jakiś sentyment. Pamiętam, jak dostałem pierwszy pędzelek i zrobiłem trzysta prac na raz, no może przez dwa miesiące, ale trzysta i pędzelek się rozwalił. Musiałem mieć drugi. Tak, że przy tej ilości prac nie mogę się aż tak przyzwyczajać, ale są prace, których za żadne skarby bym nie oddał. Zrobię drugą podobną, ale nie, tej konkretnej nie oddam.

Piąty Smak: Co jest potrzebne, jakie utensylia, aby malować w japońskim stylu?

Mariusz: Podstawą jest tusz. Niestety maluję tuszem w płynie. A tusz w kamieniu leży obok i ładnie wygląda – szkoda mi go używać, bo jest drogi, a przynajmniej nie na moją kieszeń. Podobnie z papierem. Powinien być ryżowy, ale na co dzień maluję na zwykłym papierze lub pergaminie. Pędzelki są już tradycyjne. Tu się nie da inaczej. Jak zobaczę gdziekolwiek w sklepie pędzelek japoński do kaligrafii, to jestem chory i muszę go mieć. Uwielbiam – mogą sobie stać na wystawie, mogę ich nawet nie ruszyć, ale potrafię godzinami je oglądać.

Piąty Smak: Czyli wybór odpowiedniego pędzla to sprawa kluczowa?

Mariusz: Tak, kupując jakikolwiek pędzelek długo oglądam włosie i później z czasem malując widzę, jaki pędzelek do czego się najlepiej nadaje. Można by chyba zrobić jednym wszystko, ale efekt nie będzie już taki, jak trzeba.

Piąty Smak: Prowadzisz także Klub Kultury Japońskiej. Jak doszło do powstania Klubu? Czy pomysł zrodził się w związku z Twoim zainteresowaniem malarstwem japońskim?

Tanabata (七夕) to święto obchodzone 7 lipca. Według legend to właśnie tego dnia rozdzielona para kochanków – Wega i Altair – mogę się ponownie spotkać. To dzień, w którym mają spełniać się marzenia.

Mariusz: Pomysł na Klub pojawił się właściwie samoistnie. Był to efekt rozmowy ze znajomymi na temat japońskiej kultury, lecz jako taką symboliczną datę powstania Klubu można wskazać dzień 7 lipca 2011 roku. Właśnie tego dnia, podczas święta Tanabata, pojawiła się myśl: „Stwórzmy klub. Zbierzmy ludzi o podobnych zainteresowaniach. Zróbmy, co w naszej mocy, aby idea ta nie legła w gruzach”. Powiedzieliśmy „a”, więc trzeba było powiedzieć „b”. Od tego czasu rozpoczęły się prace nad organizacją Klubu.

Piąty Smak: Czym zajmujecie się w Klubie?

Mariusz: Głównym celem naszego Klubu jest propagowanie kultury Kraju Kwitnącej Wiśni wśród mieszkańców Bełchatowa. Klub zajmuje się popularyzacją historii, sztuki, tradycji i kultury japońskiej. Spotykamy się zwykle raz w tygodniu. Obchodzimy japońskie święta, np. wspomnianą już Tanabatę, omawiamy je, przygotowujemy prezentacje multimedialne, szukamy filmów, muzyki. Czasami robimy origami, zajmujemy się kaligrafią, układamy ikebanę. Uczymy się też ceremonii herbacianej. Co prawda nie mamy oryginalnych japońskich utensyliów – wszystko jest przez nas zrobione, ale trzymamy się zasad i czynności, które po kolei trzeba wykonać. Cała procedura, od początku, po kolei, to co się mówi, w którą stronę są ukłony, jak czarkę przekręcić. Czasami oglądamy filmy dokumentalne, zdarza się także anime, ale na to kładziemy jak najmniejszy nacisk – gdybyśmy na anime i mangę kładli największy nacisk, to mielibyśmy pewnie cztery razy większy klub. Oprócz tego włączamy się w różne akcje i prowadzimy warsztaty poza Klubem.

Piąty Smak: Jakie inne święta obchodzicie w Klubie?

Mariusz: Przynajmniej raz w miesiącu coś świętujemy. Zaczynając od września mamy:  Shūbun no Hi, Bonenkai z Mikołajem, Shōgatsu, Kenkoku Kinen no Hi, Setsubun, Walentynki, Hina Matsuri, Shunbun no Hi, Hana Matsuri, Modori no Hi, Kodomo no Hi i kończymy Nagoshi no Harae przed wakacjami. Robimy wtedy odpowiednią dekorację sali, omawiamy dane święto, oglądamy zdjęcia, słuchamy muzyki. Staramy się też zawsze przygotować jakieś potrawy związane ze świętem.

  • Shūbun no hi () – równonoc jesienna
  • Bōnenkai (忘年会) – pożegnanie starego roku
  • Shōgatsu (正月) – Nowy Rok
  • Kenkoku Kinen no Hi (建国記念の日) – rocznica założenia państwa japońskiego
  • Setsubun (節分) – pierwszy dzień wiosny
  • Hina Matsuri (雛祭) – Święto Lalek i Dziewcząt
  • Shunbun no Hi (春分の日) – równonoc wiosenna
  • Hana Matsuri (花祭) – Festiwal Kwiatów
  • Modori no Hi (みどりの日) – Dzień Zieleni
  • Kodomo no Hi (こどもの日) – Dzień Dziecka
  • Nagoshi no Harae (夏越祓) – Wielka Ceremonia Oczyszczania

Shūbun no Hi, czyli równonoc jesienna

Nagoshi no harae, czyli Wielka Ceremonia Oczyszczania

Piąty Smak: A ile osób liczy Klub?

Mariusz: Obecnie jest 14 osób. Różnie z tym było – niektóre osoby trzeba było usunąć, inne same odchodziły, bo nie kręciło ich to, co robimy. Gdybyśmy mangę rysowali, to pewnie chętnych byłoby więcej, ale my się chcemy zajmować tą trudniejszą częścią japońskiej kultury, bardziej wymagającą. Od komiksów wolimy kaligrafię. Zdarzało się, że jak uczyliśmy kogoś pisać np. 愛 („miłość”), to przy drugiej kresce się już gubił i twierdził, że to nuda.

Piąty Smak: A jak z nauką japońskiego, też uczycie tego języka? Czy sami uczycie się japońskiego?

Mariusz: Mamy zamiar zacząć się uczyć, chociaż sporo osób zna słówka japońskie z anime. Mamy dziewczynę, która jest na trzecim roku filologii japońskiej WSSM w Łodzi, tak że w razie czego nas poprawia. Podstawy są – już umiemy „dzień dobry”, „do widzenia”, „przepraszam”… Chcemy uczyć się sami dla siebie, dlatego myślimy nad jakimś sposobem nauki on-line.

Piąty Smak: Klub na co dzień współpracuje z innymi klubami, innymi podobnymi stowarzyszeniami?

Mariusz: Mamy tego trochę, są kluby sportowe – aikido i karate, Polskie Centrum Origami, Towarzystwo Polsko Japońskie w Łodzi, Klub Yakumo-goto również z Łodzi. Na razie to jest taka współpraca z większością tych klubów „na papierku”, ale z częścią się spotykamy – oni zapraszają nas, my ich. Staramy się również o współpracę z Ośrodkiem Języka i Kultury Japońskiej z Łodzi. Z czasem napiszemy także do Ambasady Japonii w Polsce. Jesteśmy młodym klubem, więc chcielibyśmy się od „starszych” czegoś nauczyć. Jesteśmy otwarci na współpracę z innymi.

Piąty Smak: A jest zainteresowanie Japonią i Klubem w Bełchatowie i okolicach? Przychodzą osoby nastawione, że chcą coś zrobić, czy są to raczej ludzie z przypadku?

Mariusz: Jest część osób, które na pewno w tym siedzą, są zainteresowane Japonią, czytają, szukają wiadomości. Inni przychodzą z ciekawości, bo to coś innego, może ich to akurat wciągnie. Niektórych dziwi, że w ciągu roku mieliśmy czterdzieści spotkań, że spotykamy się niemal co tydzień, że nam się chce dla tak trudnego tematu. Co innego jakieś zajęcia plastyczne, na które chodzą np. dzieci. Ale tu mamy do czynienia z kulturą z drugiego końca świata. Z czym to w ogóle jeść? I jeszcze język taki dziwny, jakieś znaczki… A nam się chce. Spotkania mamy w soboty i młodzież, bo do Klubu głównie młodzież szkoły średniej należy, przychodzi.

Piąty Smak: Jak wyglądają takie spotkania?

Mariusz: Ja się nastawiam na to, żeby było dużo praktyki. Bo poczytać, pogadać, pooglądać to my sobie możemy w domu, jak poszukamy sobie w Internecie czy pójdziemy do księgarni. Na pewno najwięcej dzieje się, jak obchodzimy jakieś święto. Ja, chciał nie chciał, robię dekoracje, jakiś parawanik, ikebanę, napis i przy okazji prezentację mamy odnośnie tego święta i uczymy się kaligrafii związanej ze świętem.

Piąty Smak: Dlaczego uważasz, że warto promować Japonię?

Mariusz: Myśmy sobie w ogóle założyli za cel promocję tradycyjnej kultury japońskiej w Bełchatowie. I wychodzimy tutaj do miasta z trudną propozycją, z kulturą, która w ogóle jest jakaś… Nie wiadomo z czym to jeść i jak to ugryźć. Chociaż mi by się podobało, gdyby na miasto wyszedł któryś z klubowiczów w kimonie. Łaaał…! Niektóry patrzą na nas jak na dziwaków, jakaś Japonia, jedzą pałeczkami… Ale w tej kulturze jest coś fascynującego od tej strony takiej ludzkiej, relacji między ludźmi, czego u nas nie ma. Tam są właśnie takie cechy, jak szacunek, na który kładę duży nacisk, gdzie jest między ludźmi relacja młody-starszy, uczeń-nauczyciel. Tam, tak mi się wydaje, jest to przestrzegane… I kawałek takiej właśnie Japonii chcemy przenieść na nasz betonowy grunt.  Chociaż podobno w Japonii betonem się zachwycają!

Piąty Smak: A czy prowadzicie także jakieś działania poza Klubem?

Mariusz: Robiliśmy w czerwcu podsumowanie i, nawet ja się sam zdziwiłem, że oprócz tych czterdziestu spotkań klubowych mieliśmy około dwudziestu różnych imprez, w których wzięliśmy udział. Dzień Dobrych Uczynków – to była akcja związana z wolontariatem „Zrób coś dobrego dla innych”. Uczyliśmy wtedy chętnych kaligrafii. Dla ludzi to było takie „wow!” – dziwny pędzelek w ręce trzymam, jakieś dziwne znaczki piszę. Poza tym mieliśmy swoje stoisko podczas Dni Bełchatowa czy Dnia Japońskiego w bełchatowskim liceum, z warsztatami i wykładem. Prowadziliśmy warsztaty origami w bibliotekach podczas ferii zimowych. Ja miałem wykład z prezentacją multimedialną na Uniwersytecie Trzeciego Wieku. Były też różne akcesoria związane z tematem, bo jak się czegoś dotknie, łatwiej zapamiętać niż sam suchy tekst. Zjawiło się ponad sto osób. A z okazji pierwszej rocznicy po tragicznym tsunami zorganizowaliśmy w mieście akcję „NADZIEJA – Bliżej Japonii”, każdy mógł się włączyć i napisać słowa „nadzieja” po japońsku na kilkumetrowym papierze. Członkowie Klubu byli na Dniach Japońskich w Łodzi, Dniach Kultury Japońskiej na Uniwersytecie Łódzkim czy japońskim Dniu Zieleni i japońskim Dniu Dziecka w Łódzkim Ogrodzie Botanicznym. I jeździmy, jeździmy po różnych miejscach, gdzie się da, żeby pokazać co robimy, że jest taki Klub, a przy okazji sami chcemy się czegoś dowiedzieć i nauczyć.

Piąty Smak: Jak sam powiedziałeś, jesteście młodym Klubem. Mija rok od jego założenia w związku z tym jest jakiś nowy nabór, czy po prostu każdy może w każdej chwili przyjść się zapisać?

Mariusz: Korzystamy ze wszystkich możliwych środków, żeby o nas usłyszano. Plakaty, Internet, mamy swoją stronę, istniejemy także na Facebooku. A oprócz tego informacja roznosi się pocztą pantoflową. Wychodzimy też na miasto, żeby ludzie zobaczyli, że jest coś innego, ale z zainteresowaniem jest różnie. Także nabór jest, ale tak naprawdę, jeśli ktoś chce, w każdej chwili może do nas dołączyć. To Klub dla młodzieży – od gimnazjum – i dorosłych. Ale mamy też gości starszych. Przychodzą jak mamy jakieś otwarte spotkania dla wszystkich. Czasami nawet ludzie prosto z ulicy przychodzą.

Piąty Smak: Czyli zainteresowanie Klubem jest?

Mariusz: Na pewno o Klubie słychać, bo my się wbijamy, gdzie się da. Jak się przez centrum Bełchatowa idzie, to łatwo zauwazyć plakat naszego klubu: czerwone kółko – nasze logo z białym żurawiem i znakami kanji „Japonia”. Chciałem mieć żurawia w logo, ponieważ to ładny symbol mówiący o szczęściu. No i to jest taki nasz niepisany motyw egzaminacyjny, jak ktoś do Klubu przychodzi.

Piąty Smak: To znaczy?

Mariusz: Trzeba zrobić żurawia z origami. Można się wcześniej przygotować, ale żurawia musi umieć zrobić każdy. Kiedyś zrobiliśmy, po pół roku istnienia Klubu, taki niepisany egzamin. Każdy, kto należał do Klubu, musiał zrobić żurawia. Po pół roku, kiedy praktycznie co tydzień robiliśmy żurawie i niektórzy mieli ich już naprawdę dość, dwie osoby niestety nie umiały go zrobić i pożegnały się z Klubem… Nie chwaląc się, ja robię żurawia z zamkniętymi oczami jedną ręką w trzy minuty.

Piąty Smak: To strasznie poważna sprawa z tym żurawiem.

Mariusz: O, tak. Mamy nawet takiego żurawia zrobionego z kartki metrowej i nosimy go gdzie się da. Taka maskotka klubowa. W październiku, dokładnie 24 października w Międzynarodowy Dzień Origami, chcemy zrobić akcję – może na mieście – i nauczyć ludzi składać żurawia. Pomysł MDO jest hołdem dla zmarłej dziewczynki z Hiroshimy, która zachorowała wskutek wybuchu bomby atomowej i chciała złożyć z papieru tysiąc żurawi. Wierzyła, że dzięki temu spełni się jej marzenie o wyzdrowieniu. Niestety, zmarła po dwóch latach nie ukończywszy swojej pracy. Każdego roku na jej grobie składa się tysiące papierowych żurawi, które przesyłane są z całego świata. W Dniu Origami robi się takie żurawie, a potem roznosi ludziom chorym do szpitali, domów opieki. Wspaniała idea, która przy okazji nie pozwala zapomnieć o tej małej dziewczynce…

Piąty Smak: Czy chciałbyś coś jeszcze dodać na koniec naszej rozmowy?

Mariusz: Japonia to piękny i fascynujący kraj z bogatą kulturą, mnóstwem zabytków, ciekawą kuchnią i interesującym klimatem. Mnie zafascynowała i chcę o tym mówić innym. Poprzez prace, które robię, wystawy, udział w różnych akcjach, ale także poprzez Klub, do którego zapraszam!

Rozmawiała: Magdalena Słowik

 

Mariusz Gosławski jest artystą-plastykiem zafascynowanym japońskim malarstwem tuszowym i kaligrafią. Tworzy niemal codziennie i, jak twierdzi, „artysta powinien swoje prace pokazywać, a nie malować do teczki, czy pisać do szuflady”. Na co dzień przewodniczy również Klubowi Kultury Japońskiej w Bełchatowie.

Newsletter

No Comments

Leave a Reply